Obejrzałem we wrześniu…

9/10

The Tiger: An Old Hunter’s Tale/Dae-ho (2015) – Korea znowu to zrobiła gdyż Daeho to jeden z najlepszych filmów jakie widziałem w tym roku. Prawdziwa epa. Więcej w recenzji

8/10

Bastille Day (2016) – dobre kino akcji z fajnym duetem w rolach głównych (Idris Elba i Richard Madden).

7/10

Star Trek Beyond (2016) – fajny blockbuster na którym trudno się nudzić, bo akcja goni akcję plus sporo humoru i fajnych dialogów oraz fajni bohaterowie, w tym też nowi. Mam nadzieję, że Jaylah na dłużej zagości w ST.  Jedyny problem taki że nie jest to Star Trek klasyczny, ale bardziej film akcji ze sporą dawką humoru, trochę w stylu filmów wg scenariuszy Shane Blacka czyli buddy movie. No i jak komuś nie przeszkadza, że nowy ST nie ma nic wspólnego z klasycznymi filmami i serialami (mam na myśli każdą ekipę) tylko przerobiono franczyzę na wakacyjne kino pełne akcji to będzie się dobrze bawił. Szkoda tylko że zmarnowano całkowicie Idrisa Elbę, nic do grania nie ma. Ładne pożegnanie Leonarda Nimoya.

The Shallows (2016) –  nikt nie da rady Blake Lively, nawet rekin na plaży w Meksyku. Dobry, bezpretensjonalny thriller klasy B z fajną aktorką i pięknymi krajobrazami, ale w końcówce przesadzili trochę co do zachowania rekina i dlatego uważam, że lepszy  jest In the Deep o podobnej tematyce co widziałem też niedawno. Może minimalnie lepszy ale jednak.

Planeta singli (2016) – lubię polskie dobre filmy, ale omijam większość współczesnych polskich komedii, zwłaszcza romantycznych, które od dawna prezentują dno. Bo mi szkoda patrzeć na aktorów co niektórych by nie stracić do nich reszty szacunku, ale w przypadku filmu tego byłem ciekaw  nie ze względu na paru aktorów co lubię jak np. Macieja Stuhra, Piotra Głowackiego, Weronikę Książkiewicz (choć ją akurat za urodę bardziej niż za talent lubię), Danutę Stenkę, ale dlatego bo producentem i współscenarzystą jest Michał Chaciński – krytyk filmowy, którego cenię sobie (obecnie prowadzi Tygodnik Kulturalny w TVP Kultura a kiedyś pisał artykuły m.in. na Esensji). Na dodatek Planeta Singli zbierała po premierze dość dobre opinie, więc ciekaw byłem jak poradził sobie w filmie. No i muszę powiedzieć, że fajna komedia i nie przesłodzona wcale. Nie jest to wybitne dzieło polskiej komedii tylko porządna filmowa robota, ale chciałbym więcej takich porządnych polskich filmów w kinie rozrywkowym. Choć film nie grzeszy oryginalnością wcale, można wymienić wiele komedii z jakich ściągnięto pomysły, ale zaskakująco dobrze się ogląda. Nie dość że aktorzy wszyscy dobrze grają na czele z nieznaną mi zupełnie Agnieszką Więdłochą w roli głównej to ma film fajne dialogi (na dodatek każdy dialog jest zrozumiały i słychać co mówią co rzadko spotykane w polskim kinie). Może też dlatego że za wiele komedii nie oglądam nie przeszkadza mi fakt, iż pewnie większość aktorów z tego filmu przewija się w każdym polskim rozrywkowym filmie jak np. Głowacki czy Karolak do którego w sumie nic nie mam. Nawet za bardzo nie wiem skąd się taki hejt na Karolaka bierze, chyba z powody zbyt dużej dawki obecności, bo seriale, reklamy, filmy, ale w tych paru filmach co go widziałem nie wypada źle. A Głowacki to wiadomo świetny aktor, który postanowił grać chyba w każdym polskim filmie:-) Podsumowując – więcej tak porządnych polskich komedii.

Our Kind of Traitor (2016) – na wakacjach brytyjski wykładowca Perry Makepeace (Ewan McGregor) i jego żona Gail Perkins (Moneypenny z Bondów z Danielem Craigiem) poznają rosyjskiego bogacza (Stellan Skarsgard) pracującego dla mafii, który prosi Perry’ego o pomoc w przekazaniu informacji o rosyjskiej mafii MI6 w zamian za ochronę dla swojej rodziny. Oprócz wymienionej trójki istotną rolę dla fabuły odgrywa Damian Lewis, lepiej znany jako Nicholas Brody z Homeland czy król Henryk VIII z Wolf Hall oraz z Kompanii braci. Muszę przyznać że świetnie zagrał rudy, podobnie jak Skarsgard senior. Jedynie rozczarował mnie Ewan. Ciężko zrozumieć decyzje jakie podejmuje,  ale może to wina nijakiej roli jaką mu dali do zagrania. Szkoda bo świetny aktor, podobnie jak wymieniona dwójka. Choć o postaciach granych przez Stellana i Damiana też nie wiele można powiedzieć, ale lepiej wypadli. Ma szczęście John Le Carre do dobrych adaptacji swoich powieści, nie spotkałem się jeszcze z kiepską adaptacją powieści (chyba Wydział Rosja z Connery i Pfeiffer była tylko przyzwoita). Jedynie co mnie zaskoczyło to że fabuła jest bardzo przewidywalna, mniej więcej wiadomo jak się historia potoczy, ale nadrabia film aktorstwem i trzyma w napięciu na tyle, iż oceniam film jako dobra produkcja.

Florence Foster Jenkins (2016) –  dobry film Stephena Frearsa z Meryl Streep oraz dawno nie widzianym Hugh Grantem i Simonem Helberg (Teoria wielkiego podrywu) w rolach głównych a na drugim planie Rebecca Ferguson. Fabuła opowiada prawdziwą historię kobiety, która w latach 40 XX została okrzyknięta najgorszą śpiewaczką świata.  Co ciekawe jej występy cieszyły się ogromną popularnością.  Jedyny problem że spodziewałem się bardziej dramatu z elementami komedii, a bardziej to komedia z elementami dramatu. Przez to że dominuje humor to trochę zanika motyw taki, iż to  w sumie historia o miłości Jenkins do muzyki i śpiewu, tylko że głosu nie ma oraz miłości Jenkins i Bayfielda, tego na czym polegał ich związek i dlatego nie oceniłem na więcej jak dobra produkcja. Gdyby wyrównano bardziej ilość dramatu i komedii, tak na 50% obu elementów, to mogło by być lepiej, ale i tak dobrze jest. Meryl Streep wielką aktorką jest, choć czasami lubi przeszarżować mocno, ale nie przeszarżowała na szczęście tym razem (świetnie fałszuje a umie śpiewać). Reszta aktorów nie odstaje poziomem –  Grant gra męża Jenkins efektownie, ale jest wyciszony jednocześnie oraz sporo melancholii jest w tej roli (można znaleźć analogii trochę do Granta kariery). Równie dobry jest Helberg w roli pianisty (te jego tiki nerwowe). Warto ten film obejrzeć choćby dla mimiki bohaterów, którzy próbują nie pokazać, że uszy więdną od śpiewu, a jednocześnie niby zachwycają się nad głosem Florence, a np reakcje widowni to coś pięknego.

The Neon Demon (2016) – Nicolas Winding Refn i wszystko jasne. Jak każdy jego film zbiera skrajne opinie, czyli wygwizdany, nudny, albo się podoba. Wiele osób którzy odkryli reżysera gdy obejrzeli Drive nie mogą się doczekać jak nakręci normalny film, najlepiej w stylu Drive, a Refn zawsze kręcił normalne filmy, ale dla niego, zarówno przed Drive jak i po Drive. U mnie jest różnie z filmami tego pana – Bronson podobał mi się, ale to głównie zasługa genialnej roli Toma Hardy’ego, Valhalla Rising mimo niesamowitego klimatu i roli Madsa Mikkelsena wynudził mnie przeokropnie, Drive podobał mi się, a Tylko Bóg wybacza znowu wynudził. Więc co drugi film mi się podoba czyli ND to powinien być ten co przypadnie mi do gustu i tak jest. Co najważniejsze film ma prostą fabułę – Jesse robi karierę jako modelka, starsze koleżanki są zazdrosne, że dopiero co przyjechała a wszyscy się nią zachwycają. Ale fabuła nie jest najważniejsza u Refna i nigdy nie była tylko piękne przestylizowane zdjęcia, długie ujęcia oraz rewelacyjna muzyka stałego kompozytora Refna czyli Cliffa Martineza. ND to hołd dla horrorów Cronenberga oraz twórczości Lyncha, De Palmy, Polańskiego i pewnie jeszcze jakiś reżyser by się znalazł, którego mógłbym wymienić. Jeśli wciągnie Was klimat ND to się film spodoba a jeśli nie to się zanudzicie. Mnie klimat kupił i dlatego oceniam jako porządna, dobra robota. Aktorsko fajnie wypadł Keanu Reeves oraz Christina Hendricks w epizodach, świetna była Jena Malone jako Ruby i dobra Elle Fanning w roli głównej. Jedynie mam problem z Fanning taki że jak dobrze zagrała, nie mogę nic jej zarzucić, to ciężko mi uwierzyć że o tą akurat dziewczynę każdy facet by się bił, każdy chciałby robić jej sesję, a koleżanki zazdrosne by były. Oczywiście to kwestia gustu, dziewczyna jest ładna, ale ja w roli szybko zdobywającej szczyty jako modelka widziałbym np. młodszą wersję Charlize Theron albo Nicole Kidman. Zresztą Malone ma ciekawszą rolę do zagrania i trochę ukradła Fanning produkcję.

neondemon

X-Men: Apocalypse (2016) – może nie dorównuje najlepszemu epizodowi przygód mutantów w wydaniu Singera jak X-Men 2 czy też filmowi Vaughna First Class i jednak lepszy jest Days of Future Past, ale do najsłabszego epizodu cyklu czyli The Last Stand jest bardzo daleko. Przesadzają ludzie z krytyką. Apocalypse to fajne blockbusterowe kino, choć widać mocno, że seria stanęła w miejscu co najlepiej obrazuje to co się dzieje w filmie z Magneto. Wyraźnie nie chcą twórcy cyklu by przeszedł całkowicie na stronę ciemnej mocy, więc wciąż ma wciąż dylematy moralne i wciąż trwa w najlepsze romans między Fassbenderem a McAvoyem, ale mimo tego że historia stoi w rozkroku i można do wielu rzeczy się przyczepić to całkiem dobrze się bawiłem. Nowi/starzy bohaterowie się sprawdzili jak przede wszystkim Jean Grey (fajnie wypadła Turner, nie miałem żadnych skojarzeń z Grą o Tron),  Cyclops, Nightcrawler oraz Storm. Choć reszta młodego pokolenia jak np. Angel, Psylocke to mogę tylko powiedzieć że byli i nic więcej. Wiadomo było po Przeszłości która nadejdzie że rozbudowaną rolę będzie miał Peters/Quicksilver i super, bo fajna postać (choć trochę przepakowana), ale już powtórka z wiadomej sceny z poprzedniego filmu Singera o mutantach nie robi takiego wrażenia, choć bardziej rozbudowana. Można się przyczepić tego że akcja 10 lat później się dzieje a po bohaterach w ogóle nie widać by się postarzeli. Tak samo tego że Fassbender, McAvoy i Oscar Isaac jako Apocalypse praktycznie nie mają nic do grania co jest nie do pomyślenia gdy się ma tak świetnych aktorów na planie, ale to są tak charyzmatyczni aktorzy, iż nawet jak za bardzo nie mają co grać to nadrabiają swoją charyzmą. Ogólnie fajny blockbuster, ale niech zaczną zmieniać konwencję, bo jak długo Magneto będzie miał wahania nastrojów, muszą iść do przodu przynajmniej z jego wątkiem, a nie stać w miejscu. A co do wątku polskiego to myślałem że gorzej wypadnie. Choć można się zaśmiać jak amerykanie widzą nasz kraj w latach 80-ych. No i szkoda też Fassbendera  jak się męczy z naszym językiem przez co w scenach co mówi po “polsku” wypadł strasznie drewnianie, widocznie nawet tak świetni aktorzy jak Fassbender wykładają się na scenach dramatycznych jeśli muszą mówić w naszym języku.

The Pink Panther (1963) – dawno nie widziałem tej serii i trzeba przyznać, że część 1 przygód Clouseau daje radę wciąż. Choć jeśli ktoś po raz pierwszy obejrzy Różową Panterę może się mocno zdziwić, bo Peter Sellers gra tutaj drugoplanową rolę. Pierwsze skrzypce gra David Niven w roli dżentelmena włamywacza oraz Claudia Cardinale jako księżniczka posiadająca diament. To jeden z przypadków gdy drugoplanowa postać ukradła film głównym bohaterom i jeśli ktoś zdziwi się, że to nie jest tak zwariowana komedia jak inne Blake’a Edwardsa np. Party czy Great Escape to niech ogląda kolejne części z Sellersem, bo tutaj nie inspektor najważniejszy jest. Ciekawe że David Niven w jednym z kolejnych filmów nie pojawił się już w roli przeciwnika inspektora, zastąpił go inny aktor, i wrócił do tej roli dopiero po śmierci Sellersa. Nic mi nie wiadomo by obraził się na kolegę z planu, iż przerósł go popularnością, zwłaszcza że zagrali razem w komedii Murder by Death  z 1976 roku, ale dość dziwna sytuacja.  A co do części 1 to cała obsada się spisuje pierwszorzędnie plus świetna jak zawsze muzyka legendarnego Henry Manciniego i nie tylko ikoniczny główny motyw, jest wiele pięknych kawałków. Fajna komedia kryminalna w typowym stylu lat 60, trochę przypominająca komediową trylogię z Francji opowiadająca o Fantomasie, której część 1 powstała rok po Różowej Panterze i oba cykle sporo łączy. Podobnie jak w przypadku Różowej Pantery to drugoplanową postać pokochała widownia. W roli głównej jako Fantomas (podobny pseudonim ma złodziej którego szuka Clouseau) pojawia się Jean Marais, a postać policjanta grana przez de Funesa pojawia się na drugim planie i dopiero w kolejnych częściach to de Funes jest najważniejszy. Dzięki tej trylogii Louis de Funes stał się gwiazdą kina francuskiego, choć miał za sobą już dużo ról oraz oczywiście dzięki Żandarmowi z Saint Tropez z tego samego roku. Podobnie Sellers dopiero po roli w Pink Panther zaczął dostawać tez role pierwszoplanowe.

The Great Escape (1965) – hołd reżysera Blake Edwardsa znanego m.in. z  Różowych Panter z Sellersem (ale też odpowiada za np. Śniadanie u Tiffany’ego z Hepburn i nawet westerny ma na koncie, więc nie ograniczał się do jednego gatunku) dla kina lat 30, 40 z duetem znanym z Pół żartem pół serio czyli Tony Curtisem i Jack Lemmonem, ale tym razem grają nie kumpli tylko odwiecznych wrogów. Tony gra Wielkiego Lesliego a Lemmon Profesora Fate, którzy ścigają się od Nowego Jorku do Paryżu. Oprócz nim mamy w obsadzie Natalie Wood przeuroczą i Petera Falka. Co za szalony film w stylu produkcji z Flipem i Flapem, ale też miałem skojarzenia z animacjami Zwariowane melodie. Brawa należą się dla reżysera, że udało mu się utrzymać ten chaos.  Ale największe brawa należą się Lemmonowi szarżującemu na całego w roli wyraźnie skrojonej dla Petera Sellersa. Absurd goni absurd, nie każdy żart trafia, ale jak fajnie się ogląda. A co najlepsze film trwa 2,5 godziny. Nie pamiętam bym oglądał kiedykolwiek prawie trzy godzinną komedię. No i jak zawsze świetna muza Henry Manciniego, który pisał soundtrack chyba do każdego filmu Edwardsa.

 

In the Deep (2016) – w czasie spędzania wakacji dwie siostry zostają uwięzione 47 metrów pod wodą w klatce a wokół krążą rekiny. Mimo czasami głupiego zachowania bohaterek fajny angielski surival  trzymający w napięciu. Choć film ma trochę pecha, bo pojawił się niedawno też The Shallows o podobnej tematyce, a o In the Deep pewnie nikt nie słyszał.

6/10

Imperium (2016) – agent FBI infiltruje organizację nazistowską w USA. Przede wszystkim warto obejrzeć dla Daniela Radcliffe, który kolejny raz pokazuje, że świetnie się aktorsko rozwija i krzywdą jest szufladkowanie go tylko jako Harry Pottera.

5/10

Independence Day 2: Resurgence (2016) –  nie takie złe jak na twórczość Emmericha i  na dodatek nie kopiuje fabuły całkowicie z części 1, ale film trochę nudzi. Efekty i rozwałka, której Roland jest mistrzem (obok Michaela Baya) nie robi wrażenia aż takiego jak w ID, mimo że jak to w sequelach jest większa. Szkoda mi jedynie Goldbluma, którego tak rzadko widzę w filmach i akurat jak już gdzieś gra to w tak średnich filmach. Choć akurat on i reszta aktorów z  części 1 najlepiej wypadają, zwłaszcza w porównaniu z nowymi bohaterami.

Alice Through the Looking Glass (2016) – przykre że ostatni film ze świętej pamięci Alanem Rickmanem to tak słaba produkcja (choć pojawia się chyba w dwóch scenach dosłownie, jeden/ dwa dialogi w całym filmie). Wcale nie lepsza od części 1, która jest najgorszym filmem Tima Burtona. Depp co prawda nie irytuje jako Szalony Kapelusznik jak w części 1 (do dziś mam koszmary przez taniec jaki odstawił w filmie) i jest całkiem spoko, ale to dlatego że scenariusz nie pozwala mu poszaleć, gdyż gra spokojnego Kapelusznika, w depresji.   W ogóle aktorsko też nijako mimo tylu dobrych nazwisk w obsadzie – jedynie Borat daje radę jako Czas.

Skiptrace (2015) – film typowy dla Jackie Chana gdzie humor łączy ze scenami walki, ale nie robi aż takiego wrażenia jak wcześniejsze jego popisy akrobatyczne. Choć wciąż trzeba przyznać że jest w formie. Chciałbym tak się ruszać w wieku 60 lat jak Jackie, który tworzy duet z Johny Knoxville, ale niestety nie ma chemii między bohaterami, a to buddy movie przecież. No i też nie przepadam za Knoxville. Pojawia się też Fan Bingbing na którą zawsze miło popatrzeć. Reżyserem co ciekawe tej chińskiej produkcji jest Renny Harlin, np. Szklana pułapka 2, Na krawędzi, Wyspa piratów co powinno gwarantować dobry akcyjniak, ale film niestety bardzo słaby.

The Legend of Tarzan (2016) – lubię Tarzana i podoba mi się pomysł, że nie skupiono się na historii od początku (choć geneza jest w retrospekcjach), ale bardziej historia opowiada o powrocie Lorda Greystoke do dżungli. Niestety nudno jest, choć film obfituje w sceny akcji. Problem jest też taki, że twórcy do końca nie byli zdecydowani jaki to być film bardziej komedia, camp i przygoda  czy ponuro i na poważnie. No i jest taki rozstrzał nawet w grze aktorów bo Aleksander Skarsgard gra jakby kij połknął, bardzo pochmurnego Tarzana i chyba ma mniej dialogów jak Arnold w Terminatorze. Jest jeszcze Waltz w takiej samej roli jak zawsze (chyba bardziej zaszufladkowanego aktora nie widziałem od dawna w kinie). Do plusów można zaliczyć Margot Robbie w roli zaradnej Jane, która nie czeka na ratunek oraz Samuela Jacksona, który rzuca żartami (też na temat przestarzałego wizerunku Tarzana) i też gra to co zawsze co prawda, ale to Samuel. W ogóle przez cały film Jackson ma taką minę – wielkie oczy robi – jakby zdał sobie sprawę w jaki film się wpakował:-)Wciąż najlepszym filmem o władcy małp pozostaje produkcja z Christopher Lambertem Greystoke:Legenda Tarzana, władcy małp.

the_legend_of_tarzan-t2

Advertisements
Obejrzałem we wrześniu…

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s